Episode First: Guren



Był piękny, słoneczny dzień, dokładniej około południa. Przez warszawską Starówkę przechodziło i przebiegało wielu turystów i mieszkańców miasta. Wśród nich była niska szatynka o oryginalnej urodzie i ogromnych, zielonych oczach. Właśnie spokojnym krokiem szła na zajęcia z kultury Japonii, a w jej uszach rozbrzmiewała melodia ‘Guren’ the GazettE. Chociaż słońce rozgrzewało nieco listopadowe powietrze, a Julia, zwana przez przyjaciół Egao, zdała przed tygodniem najtrudniejszy egzamin, miała złe przeczucia. Czuła, że tam, gdzieś daleko, właśnie dzieje się coś strasznego.

*.*.*.*

- Że…że słucham? – Wyjąkał ze zdumienia Reita, usłyszawszy przed chwilą najgorsze słowa, jakie mógł usłyszeć z ust najlepszego przyjaciela.
- To, co usłyszeliście. Odchodzę – powiedział sucho Aoi, patrząc z lekką melancholią na kumpli z zespołu. Kai, Ruki, Uruha i Reita – każdemu wręcz kopara opadła z wrażenia. Gitarzysta aż się uśmiechnął na ten widok.
-          Dla…dlaczego? – wyszeptał cicho Ruki.
-          Po prostu zaczynam się dusić. Czuję, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Poza tym, mam 32 lata! I nawet nie mam dziewczyny! Wybaczcie, ale nie zamierzam zostać starym kawalerem. Będzie ciężko, ale poradzę sobie. Wszyscy sobie poradzimy.
    Nastała krępująca cisza. Muzycy wpatrywali się w Aoiego z coraz większym niedowierzaniem. Ostatnimi czasy nie poznawali swego przyjaciela. Kiedyś the GazettE było dla niego jak dziecko: bardzo angażował się w rozwój zespołu, komponował mnóstwo piosenek, miał wiele fanek oraz fanów. Ale nagle, kilka miesięcy temu, przestało mu zależeć. Po ostatniej kłótni z menadżerem przestał się starać. Był przygnębiony, spóźniał się na próby nawet cztery godziny, co kiedyś było w jego przypadku wręcz nie do pomyślenia, a nawet parę razy zdarzyło mu się, że prawie spóźnił się na koncert, bo „zasiedział się w barze”. To już robiło się nie do wytrzymania, więc Kai czuł poniekąd ulgę.
-          Nie…nie, to nie może być prawda… - lider pokręcił głową z niedowierzaniem – Jak możesz nam coś takiego zrobić?! Teraz, kiedy jesteśmy u szczytu sławy?!
-          Ech…Ja wiem, że to trochę nieodpowiedzialne, ale już dłużej nie wytrzymam. Już od trzech lat czuję, że robię coś nie tak! – wykrzyknął z boleścią. – W końcu doszedłem do wniosku, że moja praca nie daje mi dość szczęścia. I postanowiłem odejść – zakończył swą wypowiedź gitarzysta i, wziąwszy głęboki oddech, czekał na odpowiedź ze strony jego przyjaciół.
Pierwszy odezwał się Reita.
-          Nie, wszystko, tylko nie to. The GazettE bez ciebie to już nawet nie będzie zespół… Jeśli ty odejdziesz, to ja też – powiedział półgłosem, rzucając przepraszające spojrzenie w stronę zszokowanego lidera.
-          To już nie ma najmniejszego sensu – odezwał się Uruha – Jeśli każdy ma po kolei odchodzić, to już lepiej zakończmy działalność.
Nastała kolejna chwila przejmującej ciszy. Każdy członek zespołu zastanawiał się nad trafnością wypowiedzi gitarzysty.
-          Kouyou, masz rację – rzekł wreszcie Ruki – Cholerną rację. Ale to Kai podejmie decyzję.
Wszyscy popatrzyli na perkusistę wyczekująco. Ten natomiast wpatrywał się zamyślonym wzrokiem w widok za oknem. Centrum Tokio skłaniało do refleksji.
-          Też popieram zdanie K’you. – rzekł bolesnym tonem – Po raz pierwszy w pełni zgadzam się z jego zdaniem. Mam nadzieję, że wszyscy się z nim zgadzają? – spytał oficjalnym tonem, a gdy wszyscy pokiwali potakująco głową, uśmiechnął się melancholijnie. – Także oficjalnie kończymy działalność. Teraz trzeba tylko ustalić datę ostatniego koncertu – zakończył z lekką nutką ulgi w głosie. Cieszył się, że udało mu się rozwiązać sprawę pokojowo. Szkoda tylko, że taki jest koniec the GazettE.

*.*.*.*

-          Jak ty to zamierzasz jej powiedzieć? – lider skierował pytanie do gitarzysty prowadzącego, gdy obaj wracali do domu. Miał oczywiście na myśli jego dziewczynę – wielką fankę the GazettE, która towarzyszyła im od samych początków – najpierw jako ich stylistka, potem przyjaciółka zespołu, a w końcu obiekt uczuć Uruhy. Gitarzysta był w niej szaleńczo zakochany, a i ona równie mocno odwzajemniała jego miłość. Wszyscy mu zazdrościli pięknej i utalentowanej kulinarnie kobiety, która na dodatek świata poza nim nie widziała. Ta dość często napomykała o ślubie, ale Kouyou jak dotychczas nie chciał o tym słyszeć, tłumacząc się brakiem czasu z powodu pracy gwiazdy, co stało się obiektem żartów ze strony kolegów z zespołu.
~Ciekawe czy teraz, kiedy nie ma już żadnej wymówki, w końcu się zgodzi – pomyślał Kai i uśmiechnął się do siebie, lecz Uruha nawet tego nie zauważył.
-          Na twoim miejscu radziłbym się zastanowić, jak TY powiesz TO naszej Egao – zauważył zgryźliwie gitarzysta, a perkusista aż się wzdrygnął. Wiedział, że jeden z nich będzie musiał powiedzieć tę niezbyt wesołą wiadomość ich polskiej przyjaciółce. Aoi odpada – on i Egao raczej niezbyt się lubili. Uruha musi to samo powiedzieć Alyson, więc on też nie będzie mógł tego zrobić. Ruki, tak jak powiedział, jedzie na tydzień do rodziców, do Kanagawy, więc on również odpada. Zostali więc on i Reita.
-          A…ale dlaczego niby ja? – obruszył się, składając ręce na piersi. – Czy choć raz nie mógłby jej odwiedzić Reita? Nawet nie wiesz, ile ja wydaję na te comiesięczne bilety do Warszawy!
-          Ale przecież lubisz do niej jeździć, prawda? – spytał lekko zdziwionym tonem Kouyou. – Poza tym, gdyby Egao się rozpłakała, ty byś ją pocieszył, a Rei stałby jak taki debil, nie wiedząc, co zrobić.
-          Ech…Ten to chyba do końca życia będzie kawalerem… - westchnął z udawaną boleścią perkusista, po czym obaj wybuchli śmiechem.
-          A teraz na poważnie – powiedział Uru i odetchnął, by przestać się śmiać. – Pojedziesz?
-          A mam inne wyjście? Mam tylko nadzieję, że Egao przyjmie to w miarę spokojnie. W końcu nie jest już dzieckiem… - odrzekł smutno perkusista.
Przez chwilę przyjaciele szli w ciszy, wpatrując się w twarze przechodniów. W końcu doszli pod blok, gdzie znajdowało się mieszkanie lidera. – No, to mój blok. Poradzisz sobie, czy mam z tobą iść, żeby cię Aly nie zabiła? – spytał sarkastycznie Kai, wpatrując się z politowaniem w lekko przerażony wyraz twarzy gitarzysty.
      -     Nie, spoko. Aly chyba mnie na surowo nie zje – odrzekł Kouyou, nieznacznie się uśmiechając, i spojrzał na zegarek. Nagle uśmiech zamarł na jego twarzy i zamienił się w przerażenie. – O Matko, spóźnię się na obiad! Muszę lecieć! – krzyknął i migiem zniknął z horyzontu. Kai natomiast pokręcił z uśmiechem głową i wszedł do budynku. Powoli wszedł schodami na pierwsze piętro. Gdy znalazł się w swym mieszkaniu, otoczony znajomym bałaganem, ogarnęło go przygnębienie. Powolnym krokiem wszedł do sypialni i odpalił laptopa. Zamówił bilety do Warszawy na datę 21 listopada, więc miał jeszcze trzy dni wolnego. Spojrzał na wyjęty przed chwilą z kieszeni telefon i nieśmiało po niego sięgnął. Chwilę popatrzył na zdjęcie na tapecie, przedstawiające the GazettE, otaczające wianuszkiem siedzące w środku Aly i Egao, i uśmiechnął się do siebie. To było pół roku temu, gdy całą bandą postanowili zwalić się na głowę dziewczynie z okazji jej dwudziestych piątych urodzin. Podczas spaceru po Łazienkach poprosili przechodzącego turystę, by zrobił im zdjęcie. Lider chwilę popatrzył na uśmiechniętą twarz Egao, po czym nieśmiało zaczął wybierać jej numer.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz