Sayonara, genki de ne…
Mata, au hi made…*
Wybrzmiały ostatnie słowa piosenki i usłyszeć można było dwa ostatnie dźwięki gitary akustycznej. Egao zawsze przy tym momencie ocierała uciekające łzy z policzków. Zabawne, zawsze jak Ruki czy Kai wyjeżdżali z powrotem do Japonii, nucili jej to do ucha. Mimo że to Kaia lubiła najbardziej spośród całej piątki, to właśnie te dwa wersy śpiewane przez Rukiego sprawiały, że zaczynała płakać z tęsknoty, choć dumny przedstawiciel Bandy Zbieraczy Makulatury stał tuż przed nią i przytulał ją na pożegnanie. Co jak co, ale z ust lidera brzmiało to co najmniej zabawnie, żeby nie powiedzieć komicznie. Perkusista miał, delikatnie mówiąc, dość dziwaczny głos, w niczym nieprzypominający głosu szanownego wokalisty. Dosłownie. Kiedy głos Rukiego można było określić jako seksowny, głęboki i bardzo pociągający, to głos Kaia był dokładnym jego przeciwieństwem: nie był ani seksowny, ani głęboki, ani pociągający. Był za to tak ciepły, tak sympatyczny, że słysząc go wprost nie można było się nie uśmiechnąć. Dodatkowo głos lidera sprawiał, że Egao czuła się naprawdę bezpieczna. Wiedziała bowiem, że jest przy niej ktoś, kto zawsze będzie ją chronić.
Nastało kilka sekund ciszy, a potem z głośników wieży popłynął miarowy rytm perkusji, rozpoczynający piosenkę ‘Saraba’. Egao tymczasem nalała sobie kolejny kieliszek wina i kontynuowała rozmyślania. Cały czas miała złe przeczucia, które nasiliły się po rozmowie z Kaiem. Wciąż kołatał się w jej głowie ten smutny ton głosu przyjaciela. Jeszcze nigdy go nie słyszała, więc wiedziała, że musiało stać się coś złego. Jednak nie wiedziała, jakiego kalibru katastrofy ma się spodziewać, dlatego wolała się przygotować na najgorsze, co tak martwiłoby zarówno ją, jak i jej przyjaciela.
Rozpad the GazettE.
~Nie, mała, nawet o tym nie myśl. Oni się nie rozpadną. Na pewno nie teraz… - pocieszała się w myślach i upiła łyk alkoholu. Po jej ciele rozprzestrzeniło się przyjemne ciepło, jakby niewidzialny Kai przytulał dziewczynę do siebie. Powoli zamykała powieki, spod których wciąż wymykały się łzy.
- Kai… - wyszeptała tylko, zanim zapadła w głęboki sen.
*.*.*
„Ciemny, niepokojący las. Gdzieniegdzie spomiędzy pni wysokich sosen przebija się światło księżyca. Wszędzie leży dość gruba warstwa śniegu, jednak ja jestem tylko w białej koszuli nocnej. Biegnę polną ścieżką, mam bose stopy, lecz nie marznę. Czuję ogarniający mnie lęk i niepokój, który jest na tyle silny, że nie mam odwagi odwrócić głowy, by spojrzeć za siebie. Po chwili jednak zatrzymuję się i obracam się. Przede mną na tle dość silnego białego światła wyłania się znajoma sylwetka, która budzi namacalną wręcz grozę. Gdy owa istota podchodzi bliżej, rozpoznaję w niej Aoiego. Podchodzi do mnie z cynicznym uśmieszkiem wymalowanym na oszpeconej paskudną blizną twarzy, w ręku trzymając sztylet z zakrwawionym nieznacznie czubkiem. Czuję coraz większe przerażenie, powoli zaczynam się cofać. Gitarzysta podnosi sztylet tak, by w świetle księżyca w pełni można było go zobaczyć w pełnej okazałości. Mym oczom ukazuje się inskrypcja wyryta na ostrzu: ‘Śmierć z mych rąk jest ci pisana’. Brunet odgarnia grzywkę z czoła i uśmiecha się szerzej, tak, że dostrzegam jego wampirze kły. Po chwili oblizuje lubieżnie wargi i podchodzi tak blisko, że czuję jego oddech na swojej skórze. Bierze moją lewą rękę i delikatnie nacina skórę na nadgarstku, chwilę potem zlizując spływającą z rany brunatno-czerwoną krew. Obracam głowę i widzę płaczącego Kaia. Był zamknięty w klatce, ale mimo to próbował dotknąć mojej dłoni. Z trudem wyrywam rękę z mocnego uścisku Aoiego i się cofam. Po chwili uderzam o murek i niebezpiecznie się przechylam. Okazuje się, że wiszę nad przepastną, wyschniętą od niepamiętnych czasów studnią. Nagle widzę twarz Aoiego na tle srebrzystej księżycowej tarczy. Znów się cynicznie uśmiecha, wyciągając rękę w moją stronę.
- Śmierć z mych rąk jest ci pisana – wypowiada tę sentencję niczym zaklęcie i popycha mnie tak, że wpadam do studni. Spadając, wciąż słyszę jego złośliwy śmiech, a w głowie kołacze mi się jak mantra jedno zdanie:
’Śmierć z mych rąk jest ci pisana…’
’Śmierć z mych rąk jest ci pisana…’
*.*.*
Nagły krzyk Egao rozdarł panującą wszędzie ciszę. Dziewczyna otworzyła oczy i z ulgą zauważyła, że jest w swoim mieszkaniu.
~Uff, to był tylko sen – pomyślała, głośno wypuszczając powietrze z płuc. Spojrzała na zegarek. 2.25. Od ponad dwóch godzin mamy już 21 listopada.
Nagle zadzwonił telefon, a Egao aż podskoczyła ze strachu. Mimo że ostatnio koszmary zdarzały się jej dość często, to jednak nie zdążyła się jeszcze na nie uodpornić i zawsze po przebudzeniu było roztrzęsiona.
~Uff, to był tylko sen – pomyślała, głośno wypuszczając powietrze z płuc. Spojrzała na zegarek. 2.25. Od ponad dwóch godzin mamy już 21 listopada.
Nagle zadzwonił telefon, a Egao aż podskoczyła ze strachu. Mimo że ostatnio koszmary zdarzały się jej dość często, to jednak nie zdążyła się jeszcze na nie uodpornić i zawsze po przebudzeniu było roztrzęsiona.
Dziewczyna z wahaniem sięgnęła po trąbiącą wciąż komórkę i nie patrząc na wyświetlacz nacisnęła zieloną słuchawkę.
- Tak? – spytała nieco przerażona.
- Egao, wszystko okay? – dziewczyna odetchnęła z ulgą, gdy tylko usłyszała głos Kaia. – Masz niewyraźny głos.
- Nie, wszystko w porządku. Poza tym, weź pod uwagę to, że w Polsce jest godzina DRUGA W NOCY – podkreśliła trzy ostatnie słowa.
- Ups, przepraszam, nie przestawiłem jeszcze zegarka… Czy czujesz się na siłach, żeby mnie przetransportować do ciebie?
- A to już? – jęknęła zdezorientowana. – Znaczy… Dobrze, nie ma sprawy. Kiedy będziesz na lotnisku?
- Za około półtorej godziny.
- Dobra, to spotkamy się na lotnisku, do zobaczenia!
- Pa! – usłyszała zielonooka i nacisnęła czerwoną słuchawkę. Przez chwilę jej mózg przetwarzał usłyszane informacje, a potem dziewczyna poderwała się z kanapy, wzięła puszkę napoju energetycznego i kluczyki od samochodu. Wybiegła z mieszkania, a mało co nie zabijając się na schodach i nie taranując kota na chodniku. Gdy usiadła za kierownicą, ruszyła z piskiem opon, upijając łyk napoju. Miała nadzieję, że się wyrobi.
*.*.*
Im bliżej było do lądowania, tym Kaia coraz mocniej ściskało w żołądku. Na samą myśl o tym, co go czekało, robiło mu się niedobrze. Na dodatek był nieziemsko śpiący, a z nerwów, mimo licznych prób, nie udało mu się zasnąć. Lider robił się na zmianę to blady, to fioletowy, to znów zielony. Lekko poczochrane włosy dopełniały jego wygląd obrazu nędzy i rozpaczy. Zdenerwowany spojrzał na zegarek. Jeszcze 20 minut, a będą w Polsce. Perkusista zaczął wspominać jego ostatni przyjazd. Egao właśnie zdała ostatni egzamin, więc miała wolne całe trzy miesiące. Uśmiechnął się, gdy ujrzał minę Egao, którą wrzucił do fontanny, by chwilę potem samemu się w niej znaleźć. Dziewczyna była dla niego niczym młodsza siostra, którą zawsze gotów był chronić. Wiedział o niej wszystko, z wyjątkiem tego, jak zareaguje na wieść o rozpadzie the GazettE.
~Cóż, pozostaje być tylko dobrej myśli – pomyślał, upijając łyk wody podanej mu przez stewardessę i spojrzał w okno. W oddali zamajaczyły światła Warszawy. Był już blisko i coraz bardziej się denerwował. Miał nadzieję, że „mała”, jak, ku niezadowoleniu dziewczyny, nazywał ją tak perkusista, przyjmie to w miarę dobrze. Miał nadzieję, że obędzie się bez ataku histerii. Wiedział bowiem, że wkurzona Egao to niebezpieczna Egao. A niebezpieczna Egao… Cóż. Lepiej nie być tego świadkiem…
Kai potwornie tęsknił za przyjaciółką. Mimo że w Tokio miał na co dzień bandę rozwydrzonych kulinarnych sierot zwanych przez fanów the GazettE, to jednak gdy nie widział co rano uśmiechu na jej drobnej twarzy, czuł się jakby ktoś mu oderwał część siebie. Jeszcze nie wiedział, że uczucie to normalni ludzie nazywają miłością.
*.*.*
- Jak jedziesz, kobieto?! Czy ty kurwa nie widzisz, że ja mam pierwszeństwo?! – dziewczyna usłyszała krzyk i trąbienie klaksonu jednego z kierowców, kiedy bezprecedensowo przejechała przez skrzyżowanie na czerwonym świetle, kompletnie ignorując przepisy ruchu drogowego. W końcu było już po trzeciej nad ranem, ba, prawie czwarta, więc nie było zbyt dużego ruchu. Egao miała nadzieję, że tylko żaden patrol policji ani straży miejskiej jej nie zauważył, ani, co gorsza, ten rozwrzeszczany facet za kierownicą nie doniesie na nią na komisariat. Miała już dość stresu związanego z jej codziennym życiem. Jeszcze na dodatek ta wizyta Kaia w połowie listopada… Zwykle latał do niej mniej więcej na początku miesiąca. Przez ten nietypowy termin Egao na pewno wiedziała, że stało się coś złego. Przez to dziewczyna jechała na lotnisko jak na ścięcie. Jednak zdusiła strach w zarodku i przyśpieszyła nieco.
Po dziesięciu minutach była już na lotnisku. Jak burza wpadła do sali przylotów. O dziwo, nie było tu, poza pracownikami, żywego ducha. Zielonooka spojrzała na zegarek. 3.55. Czyli już powinni lądować.
Dziewczyna skorzystała z automatu i po chwili upiła łyk cappuccino, siadając na ławce i czekając na przyjaciela. Jak to u niej bywa, nerwowo zerkała co chwilę na zegarek. Strasznie martwiła się o lidera. Miała nadzieję, że nic mu się nie stało.
Wtem go zobaczyła. Cóż, na jego widok każdej kobiecie zmiękłoby serce. Nie mówiąc już o samej Egao. Dziewczyna podbiegła do niego i z szerokim uśmiechem rzuciła mu się na szyję.
Po dziesięciu minutach była już na lotnisku. Jak burza wpadła do sali przylotów. O dziwo, nie było tu, poza pracownikami, żywego ducha. Zielonooka spojrzała na zegarek. 3.55. Czyli już powinni lądować.
Dziewczyna skorzystała z automatu i po chwili upiła łyk cappuccino, siadając na ławce i czekając na przyjaciela. Jak to u niej bywa, nerwowo zerkała co chwilę na zegarek. Strasznie martwiła się o lidera. Miała nadzieję, że nic mu się nie stało.
Wtem go zobaczyła. Cóż, na jego widok każdej kobiecie zmiękłoby serce. Nie mówiąc już o samej Egao. Dziewczyna podbiegła do niego i z szerokim uśmiechem rzuciła mu się na szyję.
- Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo za tobą tęskniłam – szepnęła mu do ucha, czując, jak ręce perkusisty mocno oplatają jej talię.
- Ja też tęskniłem i niezmiernie cieszę się, że cię widzę, ale Egao… Ty mnie zaraz udusisz! – wysapał perkusista, a dziewczyna puściła go i zaczęła przyglądać mu się badawczo. Biały jak śnieg, ledwo stoi na nogach, włosy rozwichrzone bardziej, niż zwykle… Cóż, razem nie wyglądało to zbyt dobrze. – Okay, wolę, jak mnie dusisz, niż jak się na mnie tak gapisz. – perkusista wywrócił ostentacyjnie oczami, jednak chwilę potem się uśmiechnął.
- Ale dzięki takiemu gapieniu się doszłam do wniosku, że coś się naprawdę musiało stać – odbiła piłeczkę dziewczyna i wzięła perkusistę za rękę. – Chodź, muszę cię położyć, bo nie wyglądasz najlepiej – rozkazała, biorąc bagaż perkusisty, ignorując jego protesty i ciągnąc go w stronę samochodu.
*’Do zobaczenia, trzymaj się, dobrze? Póki się znów nie zobaczymy…’ –> the GazettE – Shichigatsu youka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz